Redakcja: Symetria istnieje od 2005 roku. Powiedz, jakie były wasze początki.
Grzegorz Żygoń: Każdy kto gra i chciał grać, musiał od czegoś zacząć. Jedni wiedząc, że to ciężka droga rezygnowali. Inni z braku chęci lub głupoty zostawali w miejscu, w którym zaczynali typu garaż, kuchnia lub ewentualnie las. Gdy miałem 16 - 17 lat grałem w zespole „Rest In Pain”. Nie mieliśmy niczego i graliśmy na pożyczonym z MOK-u sprzęcie. Traf chciał, że zespół się rozpadł, a ja z poważną awarią gardła trafiłem do szpitala. Wycięli mi wszystko, co można wyciąć z gardła. Pewnego dnia obudziłem się, a obok mnie siedział Dominik Stypa i zapytał, czy jestem wokalistą. Zapytałem go: „A ty niby kim jesteś?”. Odpowiedział: „Nazywam się Dominik i jestem gitarzystą”. Właśnie wtedy, 5 maja 2005 roku powstał zespół Symetria.
Co było dalej?
Byliśmy ludźmi, którzy nie bali się marzyć. Znów pożyczyliśmy sprzęt i ćwiczyliśmy w sali prób „Psów Wojny”. Ćwiczyliśmy też w parkach. Domin grał na gitarze, a ja "darłem pysk" pod jakąś sosną czy świerkiem. Ludzie przychodzili, rzucali grosze ewentualnie uśmiechając się. A my wciąż graliśmy i kompletowaliśmy resztę zespołu. Na początku rotacja była ogromna, ale w końcu udało nam się ustalić stabilny skład. Dziś zespól Symetria tworzą: Grzesiek Żygoń (wokal), Dominik Stypa (gitara prowadząca), Wojtek Mrówka (gitara rytmiczna), Damian Bonczek (perkusja), Konrad Konopka (gitara basowa). Zaczęliśmy grać koncerty „za piwo”. Było bardzo ciężko, bo nikt w nas nie wierzył. Braliśmy udział w różnych przeglądach. W jednym z nich udało nam się zająć ostatnie miejsce. W 2006 roku skombinowaliśmy 80 złotych i weszliśmy do studia. Nagraliśmy „Dziś Świat”, „Koszmar”, „Co dałeś im” i „Zegar" na setkę. Zaistnieliśmy w necie i ludziom zaczęło się to podobać. We wrześniu wystąpiliśmy w Pszczynie na „Żubrowisku” i zajęliśmy trzecie miejsce. Publiczność oszalała po usłyszeniu „Zegarmistrza światła”, którego matka śpiewała mi, gdy byłem mały. Zdaniem wielu ludzi i krytyków – była to najlepiej zagrana wersja tego utworu. Później nastąpił jeden z przełomów w naszej twórczości.
Jaki to był przełom?
Wystąpiliśmy jako support przed zespołem Coma. Dostaliśmy 30 minut. Pamiętam, że stałem za sceną i gdy zobaczyłem falę ludzi wbiegających na salę, to oniemiałem. Miałem wówczas dwie możliwości. Albo totalnie wszystko zepsuć, albo zrobić coś, co sprawi, że ludzie oszaleją. Zadzwoniłem wówczas do mądrej osoby, która powiedziała mi, że mam drzeć dziób, bo gdy to robię, to jest wrażenie, jakby dziecko płakało. Tak też zrobiłem. Zawołałem „Siema Kraków”. Ludzie mi odpowiedzieli. Gdy zagraliśmy „Zegarmistrza światła”, to ludzie byli nasi. Ta piosenka robiła wrażenie na każdym.
Macie na swoim koncie dwie płyty i trzy teledyski. Jak doszło do ich powstania?
Na początku nikt nie chciał nam nic wydać, bo takich kapel jak my było mnóstwo. Jednak w końcu udało nam się wydać „Primodium”. Za pieniądze z roboty kupiłem kamerę i nagraliśmy pierwszy teledysk do utworu „Droga”. Dużo koncertowaliśmy i powoli mieliśmy tego dość. Pewnego dnia w TVP Katowice pojawiła się informacja o konkursie, w którym do wygrania było nakręcenie teledysku. Postanowiłem wysłać naszą płytę. Co ciekawe, akurat wtedy zepsuła mi się drukarka. Wziąłem kawałek postrzępionej kartki i napisałem: „Sorry, ale rozwaliła mi się drukarka”. Zapakowałem kartkę, płytę i wysłałem. Po dwóch tygodniach zadzwonił do mnie reżyser z Telewizji Polskiej i powiedział, że nie mógł do mnie nie zadzwonić, widząc profesjonalnie wydaną płytę i kawałek potarganej, odręcznie wypisanej kartki. Tak telewizja nagrała nam teledysk do „Anioła”.
Później mieliście problemy w zespole. Nie wiedzieliście, czy to co robicie ma jeszcze sens. Jak poradziliście sobie z kryzysem?
Zagraliśmy koncert we Wrocławiu, gdzie bilety kosztowały 12 złotych. Przyszedł tam właściciel pewnej dużej firmy i po pewnym czasie oddzwonił. Powiedział, że mamy zagrać na "evencie" organizowanym przez jego firmę. Dostaliśmy mnóstwo kasy i mieliśmy zdecydować, czy wszystko wydamy, czy zainwestujemy pieniądze sensownie. W 2010 roku nagraliśmy płytę „Niewolnicy Wolności”, która wgniotła wszystkich w ziemię. Dystrybucja pojawiła się przypadkiem i jej premiera odbędzie się 10 października. Dostaliśmy pozytywne recenzje w prasie muzycznej. Pisały o nas największe portale internetowe. W sierpniu 2011 roku zadzwoniliśmy do Alchemii Obrazu. Firma nagrała nam teledysk do piosenki „Taniec z diabłem”. Wiosną chcemy nagrać kolejny do „Narkomana”.
Wiele udało wam się osiągnąć. Z czego jesteś najbardziej dumny?
Z tego, że jeszcze niedawno byliśmy zespołem, w który nikt nie wierzył. Dziś mamy busa, sprzęt, własnych ludzi i dystrybucję. Kiedy gra Symetria, to jest wydarzenie w mieście. Mogliśmy to wszystko zepsuć, stoczyć się na dno. Ale jak kiedyś powiedział ktoś z Acid Drinkers: „Muzyku masz czas na spadanie z dywanu na podłogę. A masz czas na zrobienie biznesu i danie dziecku jeść. Bycie normalnym facetem”. Nie można połączyć tych dwóch światów, bo wtedy człowiek staje się żulem i jest nikim. My tego nie zrobiliśmy i dlatego nam się udało.
Dobra piosenka to nie tylko muzyka, lecz przede wszystkim tekst. Kto je dla was pisze?
W większości to ja je piszę. Staram się, żeby były prawdziwe. Przyznam szczerze, że mózg człowieka po suto zakrapianej imprezie funkcjonuje nieco inaczej. Ale właśnie wtedy powstają prawdziwe perełki. Przychodzą największe emocje. Czasem przez trzy miesiące nie ma tekstu, lecz niekiedy idę do parku, siadam i tekst powstaje w kilka minut. Później dopasowuję go do muzyki, zmieniam kilka słów i Domin mówi: „Ty, to jest dobre”. Nie chodzi o to, żeby pisać coś na siłę. Zespoły, które tak robią i mają po 8 milionów sprzedanych płyt są niczym. W Polsce, to co jest dobre nazywa się underground.
Jesteście coraz popularniejsi. Na pewno macie coraz więcej fanów. Jacy oni są?
To ludzie, którzy lubią naszą muzykę i utożsamiają się z tekstami. Ja śpiewam jedną frazę, a oni dziesięć pozostałych. Dla nas to oznacza coś pozytywnego. Gdy dzwonią, to nie rozłączam się tylko rozmawiam. Na pytanie o groupies przyznam, że takowe też się zdarzają, ale to już odrębna historia…
W Jastrzębiu jest mnóstwo zespołów, które chciałyby odnieść taki sukces jak wy. Co możesz im doradzić?
NIE RÓBCIE TEGO!!! To bardzo ciężka droga, która jest kamienista, zalana wodą i zaminowana. Idąc do góry trzeba mieć siły i rozum. Jeśli już spróbowaliście i macie chwilę załamy, to prześpijcie się z tym i nie róbcie nic pochopnie. Po kilku dniach dojdziecie do wniosku, że nie ma innej opcji, jak iść w górę. Jeśli wywalają was drzwiami i oknami, to wejdźcie kominem. Jeśli w nim się pali, to załóżcie strój ognioodporny. Uwierzcie w swoje siły i róbcie wszystko, żeby wejść wyżej. Pamiętajcie, że najważniejszy w życiu jest rock'n'roll.
Czy lokalni muzycy mają gdzie ćwiczyć?
Niestety nie. Wprawdzie jest klub Metronom, ale zespołów jest za dużo. Niestety w Jastrzębiu nie ma porządnej sali prób, w której mogliby ćwiczyć młodzi muzycy.
O czym marzy wokalista Symetrii?
Marzę o tym, żeby wytrzymać w tym, co się dzieje teraz jak najdłużej. Żeby wejść na szczyt nie po trupach, tylko spokojnie, delikatnie i tam już zostać. Nawet kiedy mnie już nie będzie, to muzyka będzie zawsze. A ja chciałbym po prostu stać się nieśmiertelny, jak i chyba reszta kapeli.
Co będziecie robić w najbliższym czasie?
Do końca listopada 15 koncertów. Sprzedać jak najwięcej egzemplarzy płyty. Będą w trzech sieciach handlowych: Media Markt, Saturn i Empik. Wiosną nagrać teledysk do następnego singla. Grać, grać i jeszcze raz grać.
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiała Patrycja Wróblewska-Wojda
Grzegorz Żygoń – urodził się w 1987 roku. Jest wokalistą jastrzębskiego zespołu Symetria.