zamknij

Wywiady

Brat strzelał do brata, a syn do ojca

- Podczas pacyfikacji KWK "Manifest Lipcowy" polała się pierwsza górnicza krew. Gdy poprosiliśmy służby porządkowe, by nie strzelali do ludzi, to usłyszeliśmy, że prawa wojny są okrutne.Mówili, że krew poleje się strumieniem, dopóki nie będzie spokoju.

 

- wspomina ks. prałat Bernard Czernecki, organizator pomocy dla internowanych górników w latach 80-tych.

 

Dokładnie 30. lat temu doszło do dramatycznych wydarzeń w kopalni „Manifest Lipcowy”. Jak ksiądz wspomina grudzień 1981 roku?

 

Ks. Prałat Bernard Czernecki: 16 grudnia, czyli w dniu pacyfikacji kopalni „Wujek” byłem w Katowicach u biskupa Herberta Bednorza. Powiedziałem mu, że ZOMO i inne służby porządkowe są w stanie zabijać ludzi. Poinformowałem go, że 15 grudnia strzelali do górników w jastrzębskiej kopalni „Manifest Lipcowy”. Wówczas polała się pierwsza górnicza krew. Kilku lub kilkunastu górników zostało rannych. Nie wiedziałem dokładnie ilu. Brat strzelał do brata, a syn do ojca. Na wieść o tym, biskup postanowił wysłać dwóch księży do władz stanu wojennego. Mieli poprosić, by nie strzelano już do ludzi, nie atakowano ich. Wrócili z przerażającą  odpowiedzią. Powiedziano im, że prawa wojny są okrutne. Krew poleje się strumieniem, dopóki nie będzie spokoju. Biskup pobladł, a ja poczułem, że muszę wracać do Jastrzębia.

 

Mało kto o tym wie, że udało się księdzu wygasić strajki w kopalni „Borynia” i „XXX-lecia PRL”.

 

Tak. Gdy wracałem z Katowic, to wiedziałem, że za wszelką cenę muszę wygasić strajki w tych dwóch kopalniach, gdzie górnicy mieli już przygotowany cały sprzęt bojowy. Szykowali się do dramatycznej obrony. Myślałem o nich i dostałem drgawek. Przed oczami miałem odważnych górników, którzy chcieli walczyć o wolność. Na „Wujku” dokonano masakry. Cały Śląsk był w żałobie. Nie chciałem, by górnicy z Jastrzębia podzielili los tamtych ludzi. Pod wieczór na probostwo  parafii pw. Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła przybyli żołnierze Wojska Polskiego z komisarzem Mirosławem Mirońskim. Powiedzieli, że mam natychmiast wygasić strajk, bo rozkazano im, by brać kopalnię siłą. Musiałem odpowiedzieć sobie wówczas na pytanie, co jest ważniejsze. Walka dla sprawy ważnej dla „Solidarności” w sytuacji, gdy ZOMO jest w stanie zabijać. Czy ich życie. Nie chciałem patrzeć na ból kobiet i dzieci, gdy ich mężowie i ojcowie giną. Dlatego wysłałem na kopalnie wikarych, księdza Krzysztofa Reszkę i Piotra Płonkę. Sam zostałem na probostwie, by dopilnować gości, żeby nie ulegli rozkazom.

 

Jak górnicy ich przyjęli?

 

Początkowo uznali ich za zdrajców. Dopiero gdy dowiedzieli się o wydarzeniach w kopalni „Wujek” i „Manifest Lipcowy”, to z ich gardeł popłynął hymn „Jeszcze Polska nie zginęła”.

 

Co działo się w kolejnych dniach?

 

Następnego dnia zmilitaryzowano kopalnie i zwolniono setki ludzi. Rozpoczęły się aresztowania przywódców strajkowych. Można było podpisać tzw. lojalkę i donosić na kolegów. Stać się Judaszem. Proponowano za to nie srebrniki, lecz złotówki.

 

Ksiądz wraz z kościołem bardzo pomagał aresztowanym. Na czym ta pomoc polegała?

 

Rola naszego kościoła „na górce” była bardzo duża. Trzeba było zająć się pokrzywdzonymi. Solidarnościowym przywódcom strajków groziły sądy. Potrzebne były pieniądze na adwokatów. Wstrzymałem budowę kościoła, bo wiedziałem, że teraz ten prawdziwy, tworzony przez ludzi jest najważniejszy. Tak właśnie powstał komitet pomocy. Objęliśmy ochroną 74 rodziny. Niektórzy skazani po zakończeniu odsiadki nie potrafili znaleźć pracy. Zatrudniałem 15 spośród ich przy parafii lub szukałem im pracy w innym miejscu. Nasz kościół zapewnił im wynagrodzenie takie, jakie otrzymywaliby na kopalni.

 

W okresie stanu wojennego przechowywał ksiądz sztandary Solidarności i dokumenty związkowców. Czy nie obawiał się ksiądz konsekwencji?

 

Najtrudniejszym momentem dla mnie była sytuacja, gdy generał brygady MO, Jerzy Gruba pokazał biskupowi Herbertowi mój nakaz aresztowania i rewizji probostwa. Miałem 5 dni na zastanowienie. Mogłem uniknąć aresztowania, jeśli zdecyduję się na wyjazd z kraju. Nie zgodziłem się na to, bo nie chciałem szukać drugiej Ojczyzny. Postanowiliśmy spalić wszystkie posiadane dokumenty, by chronić ludzi. Nie doczekałem się aresztowania i rewizji, lecz przesłuchiwano mnie przez 8,5 godziny. Znalazłem się na liście księży przeznaczonych do likwidacji.

 

Skąd ksiądz się o tym dowiedział?

 

W 1984 roku jeden z księży był przesłuchiwany na mój temat. Pytano go, czy piję alkohol i jakie leki używam. Gdy była sprawa rozprawa w sprawie Popiełuszki, to zabójcy mówili, że albo kogoś upijali, albo faszerowali alkoholem. Dwukrotnie udało mi się uniknąć śmierci. Miałem też wiele telefonów z pogróżkami.

 

Czy dziś z perspektywy czasu nie żałuję ksiądz, że zdecydował się pomóc internowanym górnikom?

 

Niczego nie żałuję. Dziś chciałbym podziękować wszystkim odważnym twórcom najnowszej historii Polski i świata za to, że najmłodsze pokolenie Polaków ma od kogo uczyć się patriotyzmu.

 

Dziękuję za rozmowę

 

Rozmawiała Patrycja Wróblewska-Wojda

 

Ks. Prałat Bernard Czernecki – ma 81 lat. Wieloletni proboszcz parafii pw. Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła, a w latach 80. opiekun strajkujących górników.

Obserwuj nasz serwis na:

Komentarze (1):
  • ~zulus 2011-12-20 18:04:08

    Takie historie są bezcenne. Warto ich słuchać i zapisywać!

    0 0

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu tuJastrzebie.pl nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert tuJastrzebie.pl

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera tuJastrzebie.pl i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy uważasz, że Jastrzębie-Zdrój jest miastem przyjaznym dla osób niepełnosprawnych?




Oddanych głosów: 394